Tutaj można pobrać wszystkie GoodBajki w formacie pdf – do wydruku w formacie A4:

GOODBAJKI calosc do wydruku

 

MAŁA SZARA MYSZKA

Była sobie Mała Szara Myszka. Mieszkała w przytulnej norce, otoczona mnóstwem ulubionych rzeczy. W błękitnym kredensie stały słoiczki z napisami: Radość, Taniec, Uśmiech. W pudełku z napisem Zachwyt leżał spory kawałek dziurawego, żółtego sera.
Pewnego dnia Myszka robiła porządki. Delikatnie wkładała do pralki o imieniu Frania skarpetki oraz ulubioną spódniczkę w kropki, aż zerknęła w lusterko. Przyglądała się dłuższą chwilę, potem oświadczyła stanowczo:
– Już nie chcę być szara! Chcę być różowa!
I tupnęła łapką.
Odezwał się DJ Pajączek, sąsiad Myszki.
– Do twarzy ci w szarości. Jesteś Sobą – Małą Szarą Myszką.
Pajączek mieszkał w norce pod sufitem. Grał na pajęczynce, jak na kontrabasie. Lub jak na gitarze. A kiedy nie grał, Myszka suszyła na pajęczynie skarpetki. Jej były w kwiatki, Pajączka w paski. Sąsiedzi bardzo się lubili. Tym razem Myszka nie usłuchała Pajączka.
– Chcę być różowa i już! Będę Różową Sobą! I koniec, i kropka!
Pobiegła do kuferka ze skarbami, nawet o praniu zapomniała. Prędko wyjęła buteleczkę z różową farbą, łapkami zaczęła wcierać w futerko. Po chwili była różowa. Jak landrynka, jak wata cukrowa, jak ktoś, kto już nie jest szary. Chwyciła koszyczek, krzyknęła „Pa!” do Pajączka i pobiegła na zakupy. No, i żeby się pokazać.
O, biedna Myszka! Stała się widoczna dla Grubego Rudego Kota, który od razu zauważył różowe futerko na szarej, zakurzonej drodze.
– Zjem cię! – mruknął złowrogo.
– Noł, noł, nie i niet! – zaprzeczyła Myszka od razu w trzech językach. Nabrała powietrza i co sił rzuciła się do ucieczki. Szurnęła do norki, zamknęła drzwi na zasuwkę. Przystawiła klamerkę do kredensika, wspięła się, sięgnęła górnej półki po słoiczek z napisem Czystość. Był w nim szamponik. Tak długo tarła różowe futerko szamponikiem, aż z powrotem zrobiło się szare. Zmęczona i przestraszona, usiadła na taboreciku.
– Przepraszam cię, DJ Pajączku. Miałeś rację. Lepiej być Małą Szarą Myszką.
– Zawsze lepiej być sobą – uśmiechnął się Pajączek. – I bezpieczniej.
– Chodź, napijemy się herbatki z lawendy. Z konfiturą różaną.
I śmiali się, i pili lawendę, i rozmyślali, jak oswoić Dużego Rudego Kota.
A na osłodę Myszka sprawiła sobie malutką różową torebeczkę, którą zabierała na Mysie Bale i która to wyjątkowo pasowała do stonowanej szarości.

O ZAKOCHANYM DŹWIGU

Cale życie Dźwig dźwigał – właśnie dlatego miał na imię Dźwig.
Choć był bardzo wysoki i głową sięgał nieba, prawie cały czas patrzył w dół, gdyż do jego długiego nosa przyczepiano różniaste przedmioty. Dźwig podnosił te rzeczy – na przykład betonowe płyty, które dla niego wyglądały niczym tabliczki białej czekolady. No, może szarej.
Mijały dni, budowla rosła, a Dźwig czuł się coraz bardziej nieszczęśliwy.
– Jestem za wysoki, za chudy i za samotny. Nie mam przyjaciół. Któż by chciał przyjaźnić się z taką szkaradą? – mówił sam do siebie.
Usłyszała go Mała Szara Myszka, która pomieszkiwała w zielonych zaroślach, w małej norce, tuż obok Dźwigu.
– Wcale nie jesteś brzydki. Jesteś smukły, a do tego pracowity i pożyteczny. Ja potrafię zbudować norkę sama, ludzie – nie. Mają wielopiętrowe norki i bez ciebie nie daliby rady – pocieszyła Dźwiga.
– Dziękuję, Mała Szara Myszko. Czyli, ewentualnie, mogłabyś się ze mną zaprzyjaźnić? – zapytał niepewnie.
– Oczywiście. Będę ci opowiadać, co się dzieje na ziemi, a ty mnie – co w niebie. Tylko częściej spoglądaj w górę!
–  Dobrze. Spróbujmy! – ucieszył się Dźwig.
– Nawet od zaraz. Nigdy nie warto odkładać czegoś, co można zrobić od zaraz. Słuchaj: rano przyleciał do mnie Mały Szary Wróbel i krzyczy: „Myszko, Myszko! Idź, daj mi pić! Jestem tak spragniony, że zaraz wypiję sam siebie!”.
– A to dopiero – uśmiał się Dźwig. – I co dalej?
– Zaprowadziłam go do potajemnego miejsca. Uchyliłam liść łopianu i pokazałam mój mały, wodny zbiorniczek. Korzystam z niego, jak jest sucho i długo nie pada deszcz. Napił się, a potem wyćwierkał dla mnie piosenkę:
„Bul, bul, bul
Woda koi każdy ból!
Dziękuję ci, Myszko –
Wierna towarzyszko”.
Dźwig słuchał Myszki i myślał: „Niby prosta historia, lecz opowiedziana przez Przyjaciela, brzmi bardzo ciekawie”.
– No, teraz ty – zagadnęła Myszka. – Opowiadaj.
– Z góry wszystko wydaje się być bardzo małe. Na przykład ty wyglądasz jak malusieńka, szara kropeczka. Za to chmurki są blisko mnie. Są jak wata cukrowa, puszyste i białe.
– Chciałabym ugryźć kawałek chmurki o smaku serowym – powiedziała Myszka i oboje z Dźwigiem się roześmiali.
Myszka pożegnała się i pobiegła do norki nastawić ciasto na pierożki. Dźwig pomachał jej swoim długim nosem i patrzył jak mysi ogonek znika w norce.
Pomyślał:
„Jedna Mała Szara Myszka odmieniła moje życie. Dostrzegłem to, co u góry. Zakochałem się w chmurkach, w słońcu, niebie, wietrze. A i na ziemi znalazłem Przyjaciela. Od teraz jestem Szczęśliwym Dźwigiem”.
Nastąpiło jutro. Dźwig znowu dźwigał, lecz co rusz spoglądał w niebo i szukał nowych opowieści dla swojej przyjaciółki – Małej Szarej Myszki.
– Może, jutro zaprzyjaźnię się z samolotem? – zamarzył. – I z helikopterem.

O ZAKRATOWANYM ZESZYCIE

Na początku wszystko było dobrze. Zeszyt pomieszkiwał sobie na niebieskim biurku, obok flamastrów, kredek i innych zeszytów. Przychodziła Dziewczynka, otwierała Zeszyt. Granatowym długopisem starannie wpisywała cyferki. Zeszyt czuł się wspaniale w towarzystwie cyferek, równiutko rozstawionych w okienkach-kratkach. Tak było na początku, aż pewnego dnia nadszedł koniec początku.
Dziewczynka nie otworzyła zeszytu, nie wpisała cyferek. Była smutna i miała zapłakane oczy.
– Cóż – westchnął Zeszyt. – Pewnie czymś ją uraziłem. Może źle opiekowałem się cyferkami?
Tak i leżał na biurku nieotwarty, dzień, drugi, trzeci. I właśnie tego trzeciego dnia na biurko wdrapała się Mała Szara Myszka. Była ubrana w ulubioną czerwoną spódniczkę w grochy, w łapce trzymała gąbeczkę.
– Witaj, Zeszycie! Zdobyłam gąbeczkę, zamierzam porządnie wyszorować norkę. Naleję wody do wiaderka, ubiję pianę – i na błysk!
– Witaj, Mała Szara Myszko. Mnie chyba też czas uprzątnąć, już nie jestem potrzebny!
I opowiedział Myszce, jak został porzucony.
– Chyba wiem, co się stało – westchnęła Myszka. – Wczoraj Mały Szary Wróbelek wyćwierkał, że tato Dziewczynki jest w tarapatach.
– W tarapatach? – zdziwił się Zeszyt. – Przecież od roku pracuje za granicą! Wysyła Dziewczynce długie listy z rysunkami.
– No właśnie, listy. Nie są z żadnego Londynu, tylko z więzienia.
– O, rety! Niewiele wiem o więzieniu, ale na pewno nie jest to dobre miejsce.
– Tak – zgodziła się Myszka. – Przecież ludzie trafiają tam za karę. Jest tam pełno krat, zamków i kluczy. Ale moja mamusia, Duża Szara Myszka, tłumaczyła, że nie miejsce rządzi człowiekiem. To człowiek wypełnia miejsce, nawet złe, sensem i kolorem.
– To znaczy, że nawet w więzieniu można robić dobre rzeczy? – zamyślił się Zeszyt.
– Można. Można pracować, rysować, uczyć się, a nawet pisać książki. Można nie czekać bezczynnie na powrót do wolności. Można też przemyśleć zły uczynek, który sprowadził za kraty.
– Teraz rozumiem, dlaczego Dziewczynka mnie opuściła. Kiedy dowiedziała się, że tato nie jest za granicą, nie chciała oglądać kratek. Jestem zakratowany jak więzienny mur, więzienne drzwi, więzienne okna.
– Zaraz to zmienimy – stanowczo odparła Myszka.
Otworzyła mały słoiczek z farbą, potem następny i jeszcze. Umoczyła ogonek w zieleni i zaczęła malować.
Na zakratowanych stronach zazieleniała trawa, zakwitły kwiaty, zafruwały motyle. Zza drzew wyjrzał ogromniasty Dinozaur. Wśród obłoków ukazały się kolorowe papugi i latające baranki.
Nagle Myszka usłyszała kroki. Szybko wytarła ogonek i schowała się za pojemnikiem z flamastrami. Do stołu podeszła Dziewczynka. Długo wpatrywała się w magiczny świat z zakratowanej strony.
Uśmiechnęła się delikatnie:
– Tu jest wszystko, co kocham. Kraty stały się niewidoczne w tym morzu zieleni. Kiedy tato wróci, pobiegniemy na leśną polanę i odszukamy wszystko, co jest na rysunku!
„No, może nie Dinozaura” – pomyślała Myszka.
A Dziewczynka wzięła długopis, rozstawiła po kratkach cyferki. Zastanowiła się przez chwilę i napisała:
„Tego dnia wraca tata”.

O ZAPARKOWANEJ ŁAWECZCE

– Dlaczego? Dlaczego postawiono mnie za parkiem, a nie w środku? Tam, wśród drzew, kwiatów i fontann, spaceruje dużo ludzi. Dzieci puszczają bańki mydlane, a do mnie nikt nie przychodzi – uskarżała się Drewniana Ławeczka.
Stała tuż za ogrodzeniem parku w towarzystwie Metalowego Kosza na Śmieci.
– O, ho ho – wzdychał Kosz. – Masz rację, ktoś nierozmyślnie nas tu zaparkował. Też jestem bezużyteczny, zawsze pusty, a chciałbym służyć Ludziom i Planecie.
Taką pogadankę prowadzili Kosz i Ławeczka każdego dnia. Potem, żeby rozbić nudę, opowiadali zmyślone historie o niebieskiej Bżdżownicy, pomarańczowym Ośmionogu i kłapouchym Ogonochwoście.
Jakoś, zupełnie nieoczekiwanie, na ławeczce usiadł Gość. Był dziwny: nieogolony, przybrudzony, nieładnie pachniał. Miał kilka reklamówek i starą, obdartą walizkę. Z jednej z reklamówek wyjął bułeczkę, zjadł. Popił mlekiem, a karton wyrzucił do Kosza.
– Nareszcie! – ucieszyła się Ławeczka. – Odwiedził nas Człowiek!
– Tak! – krzyknął radośnie Kosz. – I jest dobry, nie zaśmieca Planety, nie rzuca opakowań na trawę. Wreszcie i ja się przydałem!
Człowiek został na Ławeczce do późnego wieczoru. Z walizki wyjął paczuszkę pożółkłych zdjęć. Przyglądał się im uważnie, aż w jego oczach pojawiły się łzy. Ławeczka i Kosz też przyglądali się zdjęciom.
– Zegar, stół z jedzeniem, rowerek, mały chłopiec – nic takiego, a On płacze. Dlaczego? – pytał Kosz.
– Może to jego wspomnienia? Albo marzenia? – zastanawiała się Ławeczka.
– No, marzenia to raczej by nie pożółkły – odpowiedział Kosz.
Człowiek otarł łzy dużą dłonią, schował zdjęcia. Wyjął z walizki śpiwór i rozłożył na Ławeczce.
– Chyba z nami zostanie. Szkoda, że jestem drewniana i będzie mu twardo spać. Gdybym była Poduszkowcem, albo Kołdrowcem!
– Nie jesteś, ale jesteś! Gościnność i Dobroć są najlepszymi – poduszką i kołdrą – pocieszył przyjaciółkę Kosz.
Minęła noc. Człowiek obudził się, złożył śpiwór. Wyjął drugą bułeczkę i kefir. Zabrał się do śniadania, aż na rosnącym nieopodal drzewie usiadła Duża Pierzasta Kaczka.
– Fuj, co za gość! Niedomyty, cuchnący! Wygląda, jak jakiś dziad! Jak możesz gościć takiego – wykwakała do Ławeczki.
– Nie ocenia się Człowieka po ubraniu – stanął w obronie przyjaciółki Kosz. – Koszulę może mieć brudną, ale serce czyste.
Rozmowę tę usłyszała Mała Szara Myszka, która śpieszyła się do biblioteki. W różowej torebeczce miała książkę o serach, którą miała wymienić na lekturę o ziarnach. Zatrzymała się, przyjrzała Człowiekowi. Potem zwróciła się do Kaczki:
– Patrzysz, a nie widzisz. Kwaczesz, a nie wiesz. Poznaję tego Człowieka. Kiedyś mieszkał  nieopodal  mojej norki. Jego norka była o wiele większa i nazywała się Dom. Pewnego dnia Dom zapłonął. Przyjechali Strażacy, długo gasili ogień. Niestety, nie udało się uratować norki, zwanej Domem.
– A ludzie? Ludzie tam byli? – łamiącym się ze wzruszenia głosem spytał Kosz.
– Byli. Żona i synek. Strażacy ich wyzwolili z płomieni. Ten Człowiek nie mógł jednak uporać się z utratą wszystkiego, na co ciężko pracował. Rodzinę przygarnęli sąsiedzi, a on zaczął często chodzić do sklepu i kupować małe buteleczki z napisem „wódka”. Potem odszedł.
– No właśnie – triumfowała Kaczka. – To znaczy, że jest bezdomnym alkoholikiem!
– Nie – stanowczo zaprzeczyła Myszka. – To znaczy, że jest chorym Człowiekiem bez domu. I że trzeba mu pomóc!
– Ale jak? – jednogłosem zapytali Kosz i Ławeczka.
– Wy już pomogliście. Teraz czas na mnie! – krzyknęła i pobiegła w stronę biblioteki.
Tam długo kartkowała gazety, czytała ogłoszenia.
– Nareszcie! Jest! – ucieszyła się i starannie przepisała treść jednego z nich na małą, różową karteczkę.
„Dla samotnych. Dla zagubionych. Dla ludzi bez domów i marzeń”. I numer telefonu. I adres.
Myszka szybko wróciła do ławeczki i po cichu przymocowała karteczkę do starej walizki.
Człowiek akurat skończył jeść, dopił kefir i wyrzucił opakowanie do Kosza. Spojrzał na walizkę, zauważył karteczkę. Przeczytał i jego twarz się rozjaśniła. Pozbierał reklamówki, wziął do ręki walizkę.
– Dziękuję, Przyjaciele – powiedział. – Idę po marzenia. Spróbuję odzyskać siebie i rodzinę.
I odszedł.
A Mała Szara Myszka mówiła podekscytowana do Ławeczki:
– Jak dobrze, że jesteś Zaparkowana. Z tobą czuł się o wiele lepiej, niż w przeludnionym parku.
– Tak, i miał własne, drewniane łóżko – śmiała się Ławeczka. – I własny metalowy odkurzacz na śmieci, zwany Koszem!
I małego, szarego Przyjaciela, który przywrócił Człowiekowi nadzieję.
A co z kaczką? Zawstydzona, odleciała.
 

O ZBUNTOWANYM CIEŚCIE

– Jakie pyszne Ciasto! I jak urosło, jak na drożdżach – Mała Szara Myszka stała na paluszkach i przyglądała się puszystemu Ciastu. – Dziś pewnie Ludzie upieką z niego bułeczki. Może i dla mnie zostaną okruszki – oblizała się smakowicie.
– Rosnę, bo Jestem na Drożdżach – odezwało się Ciasto. – Jestem też Puszyste, Pulchne, Pyszniaste – ale zniewolone! Nie chcę siedzieć w misce! Wolności!
– Twoje miejsce Jest w misce – rezolutnie sprostowała Myszka. – To jest twój dom. Tak, jak skorupka ślimaka lub pancerzyk żółwia. Poza tym, twoja Miska-Dom jest taka ładna, czerwona, błyszcząca!
„Och!” – pomyślała Miska – „Ciasto nigdy nie powiedziało do mnie takich dobrych słów!”.
Myszka pobiegła do norki, żeby rozwiesić pranie. Właśnie mocowała klamerkami ulubioną spódniczkę w grochy, kiedy rozległ się krzyk:
– Ratunku! Pomocy!
Mała Szara Myszka natychmiast pobiegła za głosem.
– O rety! To dopiero! – chwyciła się łapkami za głowę.
Ciasto było wszędzie: na blacie, na szafkach, na podłodze.
– Jestem wolne! – krzyczało. – Jestem samodzielne!
– Ratunku – rozpaczliwie szlochała Miska.
– Wcale nie jesteś samodzielne, tylko nieprzydatne. Już nie upiecze się z ciebie żadnych bułeczek – ubolewała  Myszka.
– Dlaczego? – zdziwiło się Ciasto. – Przecież jest mnie więcej!
– Dlatego, że to niehigieniczne. Więcej wcale nie oznacza lepiej – strofowała Myszka.
– To co teraz? – zapytało zakłopotane Ciasto. – Pomożesz mi?
– Sama nie dam rady. Jestem za mała. Ale… Zaczekaj chwilę! – i pobiegła na dwór do budki po psa Bobika. – Chodź, Bobiku! Prędko! Będziemy ratować Ciasto!
Wrócili razem i wzięli się do roboty. Zbierali Ciasto z podłogi, szafek, blatów i lepili różniaste kształty. Bobik kości i kiełbaski, Myszka landrynki i serowe trójkąciki. Zebrali całe ciasto, zostawili tylko to, co w misce.
– No, to biegnę do norki, wstawić nasze kształtne ciastka do piekarnika. Poczęstujemy się i ugościmy ptaszki – powiedziała Myszka.
– Przepraszam – odezwało się Ciasto do Miski. – Niepotrzebnie się zbuntowałem. Wcale nie odzyskałem wolności, tylko narobiłem kłopotów. Oraz skrzywdziłem Przyjaciółkę. Ciebie. Przepraszam.
Miska uśmiechnęła się:
– Dobrze, że zrozumiałeś. Wkrótce przyjdą Ludzie. Upieką bułeczki, ale tylko z tego ciasta, co nie uciekło.
Ciasto uśmiechnęło się do Miski. Oboje miło gawędzili o smakach i wypiekach. W oczekiwaniu na ludzi i nowe kształty.

O ROZWŚCIECZONYM WIDELCU

Widelec mieszkał w szufladzie. Jego sąsiadami byli Nóż, Łyżka i Chochla.
– Cóż, zaczyna się nowy dzień – zagadnął Chochlę. – Zaraz wezmę prysznic, potem Gospodyni otuli mnie mięciutkim białym ręcznikiem, osuszy i położy na stole. A obok będą przyjaciele – Nóż i Łyżka. Lubię takie życie!
– Ja też – uśmiechnęła się Chochla. – Uwielbiam zapach zup: ogórkowej, krupniczka, jarzynowej. Ale najbardziej pomidorowej z soczystych, aromatycznych pomidorów, doprawionych bazylią.
Jednak tego dnia ani Widelec, ani Chochla nie zostali zaproszeni do stołu. W szufladzie natomiast rozgościli się nowi mieszkańcy: Pałeczki. Smukłe, drewniane, w ładnej papierowej koszulce. Przed obiadem Gospodyni wzięła kilka i rozłożyła na białym obrusie.
Widelec nie posiadał się ze złości:
– Skandal! – krzyczał. – Nie dam się wygryźć jakimś samozwańczym patykom! W końcu to ja mam najdłuższe zęby! Będę bronił swojego miejsca na stole!
Wrzaski Widelca usłyszała Mała Szara Myszka, która akurat wybrała się na sprawunki. W łapce miała wiklinowy koszyczek, a w nim listę zakupów. Odstawiła koszyczek, poprawiła spódniczkę w grochy, podbiegła do Widelca.
– Dlaczego rozrabiasz? Okaż Pałeczkom gościnność – przecież miejsca w szufladzie starczy dla wszystkich!
– Dlatego tak mówisz, bo nie do twojej norki wprowadziły się te patyki! A mnie dzisiaj nawet nie zaproszono do stołu!
Myszka zadumała się:
– Zaczekaj chwilę. Idę na zwiady. – I szybciutko pobiegła do stołu. Zobaczyła dużą miskę makaronu. Nie wyglądał, jak zwykły makaron, a i pachniał inaczej – pieprznie i kolendrowo. Obok miski leżały Pałeczki.
– Cześć – przywitała się Myszka. – Miło was poznać. A cóż to za danie?
– Cześć, Myszko. To jest makaron ryżowy z warzywami i tofu w sosie z zielonego pieprzu. Wprost z restauracji, gdzie poprzednio mieszkałyśmy.
– Teraz tu jest wasz dom. Cieszę się, że was poznałam.
– Dziękujemy, Myszko o dobrym serduszku. Niestety, nie wszyscy się ucieszyli na nasz widok.
– Wiem. Spróbuję to naprawić. – I pobiegła z powrotem do szuflady.
Zdyszana, usiadła na koszyczku.
– Zapoznałam się z Pałeczkami. Są bardzo sympatyczne.
– No, tak, one są sympatyczne, a ja – zbędny, niepotrzebny – rozpaczał Widelec. – Ani ja, ani moi towarzysze!
– Ależ jesteście potrzebni, i to jeszcze jak! – pocieszała Myszka. – Wyobrażasz sobie jedzenie pizzy bez Noża i Widelca? Albo zupy bez Łyżki? Pałeczki zastąpiły was dziś, jutro wy zastąpicie je.
– No, sam nie wiem – odburknął Widelec. – Rzeczywiście, pizzy pałeczkami się nie zje.
I tu odezwały się Pałeczki:
– W restauracji, która była naszym domem, nie mieszkał żaden widelec – same pałeczki. Ale gdybyś tam zawitał, byłbyś mile widziany.
– Jak to? – zdziwił się Widelec. – Przecież jestem inny: metalowy, zębaty, niepałeczkowaty.
– Inny nie znaczy obcy – wtrąciła Mała Szara Myszka. – Opowiedziałbyś pałeczkom o życiu w szufladzie, o pierogach i kopytkach, o swoich przyjaciołach.
– I o pyszniastych domowych zupach – dodała Chochla. – I jak tańczę w garnku!
– Otóż to – podchwyciły Pałeczki. – Opowiemy wam o dalekich krajach, które ludzie zwą egzotycznymi. O ich smakach i zapachach, o podróżach i wielkich statkach.
Widelec chwilę pomilczał, potem uśmiechnął się nieśmiało:
– Przepraszam. Nie byłem ani gościnny, ani przyjacielski. Zamknąłem się w szufladzie, zamiast ją otworzyć. Teraz otwieram dla was moje serce. Witajcie w domu, egzotyczni znajomi!
– O, czuję, że wkrótce przyjaciele – podsumowała Myszka.
I uśmiechnęła się ciepło, tak serowo i smakowicie.
 

O ZATRAWIAŻONEJ KOSIARCE

– Słońce w niebie, czas na ciebie – wysyczała groźnie Duża Spalinowa Kosiarka i ruszyła do Trawy.
Trawka, delikatna i miękka, radowała zieloną świeżością. Tylu stworzątkom dawała schronienie! Mrówki śmigały w tę i z powrotem, wykonując mrówczą pracę. Chociaż są maleńkie, ale wielkie z nich pracusie: budownicze, żywiciele, zwiadowcy. Pszczółki zapylały filetowe kwiatuszki Koniczynki, rozproszone wśród Trawy. Żuczek wspinał się na Źdźbełko, żeby lepiej zobaczyć świat.
W noce, pod trawiastą kołderką, pomieszkiwała Mała Szara Myszka. Usłyszała groźby Kosiarki. Wyjrzała na zewnątrz.
– Witaj, Duża Spalinowa Kosiarko! Po co straszysz Trawę? Po co chcesz zniszczyć naszą Łąkę? Jest piękna!
– Bo Ja jestem najważniejsza – odburknęła butna Kosiarka. – Jestem królową Trawy i zaraz ją zetnę. Niech ugnie się przed mocą metalu!
– Jakaż zacietrzewiona! – spłoszył się Mały Szary Wróbelek. Ćwierkał w krzaczkach, aż zagłuszył go donośny głos Kosiarki. – To też moja Trawa i moja Łąka! Nie chcę pustyni i smętnych kupek siana! Chcę życia.
Tu, na Łące, pod liściem łopianu, schował się Mały Wodny Zbiorniczek. Myszka i Wróbelek korzystali z niego, kiedy było sucho i długo nie padał deszcz.
– Bzdury! – odparła Kosiarka. – Nie jestem zacietrzewiona! Za chwilę będę zatrawiażona, bo najem się Trawy!
– Nie ma takiego słowa! – zgodnie zaprzeczyli Myszka i Wróbel. A Myszka dodała:
– Nie oddamy naszej Trawy! Będziemy się bronić!
Szepnęła do Wróbelka:
– Ćwierkot nadzwyczajny! Trąb alarm! Zbieraj przyjaciół!
– Robi się – odszepnął Wróbel.
Błyskawicznie z łąki i okolic zleciały się Pszczoły, Motyle i Ptaszki. Zbiegły się Mrówki i Żuczki. Nawet Mała Zielona Żabka spod łopianowego zbiorniczka stawiła się na wezwanie o pomoc. Myszka opowiedziała o złych zamiarach Kosiarki. Mieszkańcy Łąki się wystraszyli:
– Co możemy zrobić przeciwko żelaznym zębom i mocy metalu?
A Trawa kołysała się w delikatnych objęciach wiatru, i Rosa, jak łezka, spływała pod Źdźbełku.
– Możemy, bo jest nas dużo. Ziemia nam pomoże, bo to ją ratujemy. Zatrzymamy Kosiarkę! Wszystko, nawet stwór z metalu ma duszę. Opowiedzmy swoje historie! Może dotrzemy do spalinowej duszy?
– To ja zacznę – odezwała się Pasiasta Pszczółka. – Codziennie przylatuję tu do Kwiatów. Zbieram nektar i pyłek, przenoszę do Ula, do Wielkiej Pszczelej Rodziny. Krokus, Podbiał, Mniszek też należą do rodziny, bo są przyjaciółmi. Ja, Pszczółka Zapylacz, najbardziej w świecie zaprzyjaźniłam się z Koniczynką. Jeśli ona zginie…
Dalej Pszczółka nie mogła mówić, bo się rozpłakała.
 
Na Łące zawrzało. Mieszkańcy opowiadali swoje historie, pełne miłości i trwogi o żywe i zielone.
Nagle… spadł Deszczyk. Pierwsze krople rozbiły się o pancerne ciało Kosiarki. Następna kropelka trafiła w żelazne serduszko. Kosiarka przestała warczeć, zamyśliła się. Milczała długo, potem zabrała głos:
– Po waszych opowieściach przestałam być Zatrawiażoną Kosiarką. Jestem zatrwożona tym, co robię. Nie chcę dalej krzywdzić Trawy, ani was wszystkich. Całe życie żuję i wypluwam. Chcę żyć! Co mam ze sobą zrobić?
– Wiem, wiem! – uradowała się Mała Szara Myszka. – Nasz przyjaciel Pies Bobik jest wielkim majsterkowiczem. Przerobi Cię na Użyźniarkę Trawy! A my pomożemy, prawda!
– Prawda, hurra! – krzyczeli mieszkańcy i cała Łąka, wraz z Kosiarką, śmiała się i radowała. A zapaszysta Trawa tańczyła w Słońcu, które wraz z Deszczykiem uknuło nad Łąką i nad całą widoczną Ziemią kolorową ulotną Tęczę.

O ZACUKRZONYM WRÓBELKU

Mała Szara Myszka przetarła oczka łapką, słodko ziewnęła. Wyjęła z kuferka bambusową szczoteczkę i wyszorowała ząbki pastą z białej glinki. Sama ją zrobiła, a dla pachności dodała kropelkę olejku z bergamotki. Starannie wyczyściła futerko drewnianym grzebykiem. Założyła spódniczkę w grochy, chwyciła wiklinowy koszyczek i udała się do Wiśni, pozbierać wisienki.
– Zjemy z Wróbelkiem kolorowe, owocowe śniadanie. Może, po drodze nazbieram leśnych malin?
Tak sobie szła, podśpiewując wesoło, w słonecznym rzeźkim poranku. Doszła do Ławeczki, przywitała się.
– Dobrze, że jesteś! – ucieszyła się Ławeczka. – Może, Ty powstrzymasz Małego Szarego Wróbla!
– Nikt mnie nie powstrzyma – odezwał się Wróbel zza Kosza na śmieci. – Jem najpyszniejsze śniadanie, nieziemsko słodkie!
– Cóż to takiego? – zdziwiła się Myszka.
– Ktusie Niebko. Znalazłem prawie pełne pudełko przy Koszu.
– Pewnie dlatego takie jedzenie nazywają śmieciowym – wtrąciła się Ławeczka.
– Co ty wiesz o Ktusiach – odparł rozanielony Wróbelek. – A i o Niebkach wiesz niewiele. Bo nie umiesz latać. Stoisz ciągle przy Parku i ględzisz!
Odwrócił się i zabrał z powrotem do dziobania najsłodszych słodkości.
– Niesłusznie obraziłeś Ławeczkę – odezwała się Mała Szara Myszka. – Słyszałam o małpkach z dalekiej Azji, które przestały jeść banany i inne owoce. Przerzuciły się na pizzę, kanapki i inne resztki, pozostawione przez turystów w śmietnikach. Zaczęły bardzo chorować, tracić sierść. Puchnąć i słabnąć. Ty też nie jesteś bezpieczny!
– Idź sobie! Nie przeszkadzaj! – odćwierknął niegrzecznie Wróbel i dalej dłubał w czekoladzie.
Myszka, zasmucona, poszła dalej. Dotarła do Wiśni, przywitała się, nazbierała pachnących słońcem wisieniek. Wyglądały jak koraliki – czerwone i błyszczące.
– Dziękuję, Wiśnio, za dary! Będzie pysznie!
– To ja dziękuję – uśmiechnęła się Wiśnia. – Wydaję owoce po to, by ktoś je zjadł. Pestka upadnie na ziemię i może wyrośnie z niej nowa, Młoda Wiśnia! Pomagamy sobie nawzajem!
Tak oto Myszka wracała z pełnym koszyczkiem, aż usłyszała cichy płacz. Rozchyliła Trawę i zobaczyła Małego Szarego Wróbla.
– Co ci jest, Wróbelku? Gdzie są twoje piórka?
– Straciłem. Wypadły mi, tak po prostu.
– Nie po prostu, tylko od tych zacukrzonych cukrów, które zjadłeś. Tak, jak małpkom z Azji, złe jedzenie zaszkodziło i tobie. Chodźmy do mojej norki!
Udali się do norki i Myszka rozpoczęła leczenie. W imbryczku zaparzyła zapaszyste zioła. Z magicznych kwiatowych składników przygotowała specjalny wróbelkowaty krem.
– Smaruj tym skrzydełka. I masz zakaz jedzenia czegokolwiek, oprócz ziarenek, leśnych owoców i jagód!
– Dziękuję, Myszko – nieco uspokoił się Wróbelek. – Zrobię, jak każesz!
Minęło trochę czasu. Myszka siedziała na ganku przed norką i popijała herbatkę różaną. Nagle usłyszała trzepot ptasich skrzydeł i radosny ćwierkot.
– Witaj, Myszko! Jestem zdrowy! Lecę do Azji!
– Aż tak daleko? – zdziwiła się Myszka.
– Tak, do tych małpek, o których opowiadałaś. Przekonam je do owoców własną historią. Łatwiej jest sięgnąć po śmieciowe jedzenie, niż znaleźć i zerwać dojrzały banan czy wisienkę, ale warto! Zobacz, jakie mam śliczne, nowe piórka! To dzięki tobie!
– I Wisience, i Malince, i Jabłuszkowi – podchwyciła Myszka. – Leć, przyjacielu! Ratuj świat, bo chore małpki są jego częścią.
I Wróbelek odfrunął, na nowych skrzydełkach, daleko, daleko, a Mała Szara Myszka jeszcze długo patrzyła za nim. Tam, gdzie kończy się Łąka, zaczyna się Niebo i Obłoki, jak białe zajączki, kicają śmiesznie.
– Będę na ciebie czekać – wyszeptała. – I ja, i Zaparkowana Ławeczka, i Wiśnia. Na pewno wrócisz i opowiesz nam o dalekich krajach. Na skrzydełkach niesiesz dobroć i ona ochroni cię w drodze. I pomoże ochronić innych.

O NIEDZIAŁAJĄCEJ ŁAPCE

Od samiutkiego rana Bobik majsterkował. Tym razem postanowił zbudować plac zabaw dla mieszkańców łąki.
– Ludzie budują kolorowe miejsca dla dzieci. Dzieci to są mali ludzie. Uwielbiają się bawić – opowiadał Młotkowi, który wraz z armią Gwoździ towarzyszył Bobikowi w majsterkowaniu.
– Myszka, Żabka i Wróbelek nie są ludźmi, ani dziećmi, a też uwielbiają się bawić – rozprawiał Młotek, rzetelnie wbijając Gwoździe w starą drewnianą beczkę.
Bobik wymyślił, że zrobi z niej rakietę do latania w kosmos. Posiadał niezwykły dar robienia czegoś z niczego: z witek Płaczącej Iwy, zerwanych przez wiatr, uplótł Hamak, z zepsutego parasola wyczarował Karuzelę. No, i teraz ta Beczka-Rakieta.
– Tak – zgodził się z Młotkiem. – Szczególnie Mała Szara Myszka jest mistrzynią wymyślania zabaw. Pamiętasz, jak chowaliśmy skarby w potajemnych miejscach i zostawialiśmy ukryte wskazówki?
–  Pamiętam. Ty wtedy schowałeś kość pod liściem Łopianu i wszyscy się śmiali, że kość to nie skarb.
– Dla mnie to największy skarb! Kość można gryźć, podrzucać, turlać, grać nią w piłkę nożną. I jeszcze dużo wszystkiego.
Bobik tak rozmarzył się o dużej, ogromniastej kości, że nie zauważył, jak uszkodził Łapkę. Uszkodzona Łapka bardzo bolała. Młotek niezwłocznie zawołał na pomoc mieszkańców Łąki. Pierwsza przyskakała Mała Zielona Żabka. Pochuchała na Łapkę, opatuliła leczniczą roślinką i zabandażowała liściem łopianu.
– Dziękuję, Żabko – smutno powiedział Bobik. – Teraz z nieczynną Łapką już nikomu nie jestem potrzebny. Nie mogę majsterkować. Nie dokończę niespodzianki.
Rozmowę usłyszała Mała Szara Myszka, która biegła w wiklinowym koszyczkiem po rajskie jabłuszka. Nie wiedziała, dlaczego akurat „rajskie”, ale przeczuwała, że są bardzo smaczne i że po ich zjedzeniu poczuje się, jak w raju. Albo jak trochę w raju.
Podbiegła do Bobika, pogłaskała go po pyszczku:
– Jesteś potrzebny, bo jesteś naszym przyjacielem. Poza tym, Łapka wkrótce się zagoi i będzie sprawna. Słyszałam o ludziach nie w pełni sprawnych, których łapki-rączki są tak uszkodzone, że nie sposób ich naprawić. Starają się nie rozpaczać, żyć, radując się tym, co jest. Nawet malują piękne obrazki.
– Jak to? – zdziwili się Bobik, Młotek i Żabka. – Bez łapek?
– Bez. Malują ustami. Trzymają ołówek w ustach, kierują głową i sercem.
– Głowę i serce na szczęście mam nieuszkodzone – uśmiechnął się Bobik. – Spróbuję majsterkować jedną łapką.
– Nie trzeba, usiądź na pieńku i dyryguj. Będziesz dyrygentem budowniczych. Wszystko zrobimy. Dokończymy to, co zacząłeś.
– A niespodzianka? Przecież chciałem wybudować plac zabaw w tajemnicy!
– Będzie niespodzianka, ale na odwrót. To my, wszyscy razem zbudujemy plac dla ciebie. No, i dla siebie oczywiście. Przecież nie będziesz bawić się sam!
Myszka wyjęła z kieszonki mały czerwony gwizdek, gwizdnęła trzy razy, co oznaczało:
– Zbiórka! Pilnie! Wszyscy!
W oka mgnieniu mieszkańcy Łąki stawili się na wezwanie. Bobik rozdzielił zadania i praca zawrzała. Pod wieczór kolorowy plac zabaw był gotów: i rakieta z beczki, i huśtawka ze starego krzesełka i karuzela z parasola.
– No, teraz możemy szaleć – śmiała się Myszka, rozkręcając Karuzelę. – Chodźcie, Pszczółki i Motylki, wypróbujcie nasze dzieło!
I Karuzela wirowała, i trzepotały motyle skrzydła, i śmiech szczęśliwych stworzeń wypełniał całą łąkę.
Bobik leżał wygodnie w hamaku, bujał się i marzył. O tym, że Łapka się zagoi i będzie mógł dołączyć do przyjaciół. I o tym, jak ukryje ogromniastą kość pod Huśtawką. I o tym, jak nauczy się malować pyszczkiem. Tak, na wszelki wypadek, gdyby co…